Do "Gry o Ferrin" podchodziłam z lekkim niepokojem. Bałam się, że pierwszy tom powieści fantasy napisany przez Katarzynę Michalak albo będzie jednym wielkim rozczarowaniem, albo pozytywnym zaskoczeniem. I jak na złość musiało paść na to pierwsze.
Po nieudanej próbie ratunkowej pewnej samobójczyni, Karolina postanawia uciec do Ferrinu - magicznej krainy, znanej jej z opowiadań ciotki. Lecz zamiast przyjaznego powitania, wpada w sam środek wojny. Dziewczyna już na samym początku wpada w ręce opryszków, kiedy to w ostatniej chwili zostaje uratowana przez nieznajomego mężczyznę. Niebawem dowiaduje się, że jest Pierwszą z Przepowiedni, Gwiazdą Ferrinu. Z lekarki zmienia się w Anaelę dell’Iderei - Leczącą.
Trzeba przyznać, że sam zarys powieści, mimo iż nie jest najoryginalniejszy, nie odpycha i nakazuje przygotować się na miłą i przyjemną poczytankę o elfach, magii, przygodzie i romansie. Ale niestety tak nie jest!
