Jako dziecko byłam wielką fanką „W.I.T.C.H.” – dosłownie czekałam co dwa tygodnie na kolejny numer, biegłam do kiosku i chłonęłam każdą stronę. Świat magii, przyjaźni i przygód Will, Irmy, Taranee, Cornelii i Hay Lin był dla mnie czymś wyjątkowym, a historie opowiedziane na łamach komiksów miały w sobie to „coś”, co przyciągało i sprawiało, że nie mogłam się oderwać. Kiedy więc usłyszałam o „W.I.T.C.H. Nowe historie” – byłam pełna ekscytacji. Jak dziś wygląda ten niezwykły świat? Jak zostaną przedstawione moje ukochane bohaterki? Sięgnęłam więc po „Serce przyjaźni” i „Serce żywiołów” z wielką ciekawością.
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie jestem rozczarowana faktem, że nowe historie nie są kontynuacją oryginalnych przygód – w końcu minęło już 25 lat od pierwszego wydania „W.I.T.C.H.”, więc zrozumiałe jest, że twórcy chcieli tchnąć w tę opowieść nowe życie. Nowe pokolenie czytelników zasługuje na własną wersję magicznych strażniczek i możliwość odkrywania ich świata od początku. Jednak mimo mojego sentymentu i chęci ponownego zanurzenia się w tej magii, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że czegoś tutaj brakuje.









