Każdy z nas lubi coś, czego może się lekko powstydzić (no, a przynajmniej nie będzie o tym publicznie mówił). Czy to dobrze czy źle - nie mnie to oceniać. Ważne jednak, że jest to rzecz na tyle powszechna, że stworzono dla niej angielską nazwę, którą zna każdy. Guilty pleasure, gdyż to o "grzeszna przyjemność/przyjemność skrywana"się tu rozchodzi, to słowa bardzo uniwersalne. Zastanawiam się tylko, czy naprawdę powinniśmy się tego wstydzić?
Nie zrozumcie mnie źle i nie przechodźcie od razu w skrajności. W tym krótkim poście chciałabym tylko zastanowić się nad samym znaczeniem istnienia guilty pleasure, a najbardziej nad tym, czy faktycznie czasami jest się czego wstydzić, ponieważ na własnym przykładzie odczułam, jakie to dziwne uczucie, tłumaczyć się z czegoś, co sprawia ci choć cień przyjemności. Ów dziwne uczucie łączy się z zawstydzeniem i spodziewanym osądem ze strony znajomych/przyjaciół. Tak dziwnym, że właściwie to lepiej po prostu ukryć tę rzecz głęboko w sercu i nie pokazywać na światło dzienne.
Przykład? Ależ proszę!
Miałam tak ostatnio z Akademią Dobra i Zła, kiedy z niecierpliwością przebierałam nóżkami przed premierą piątego tomu. Wiecie, jak to jest - przeczytałam wcześniejsze tomy, wkręciłam się w tę opowieść, polubiłam główną bohaterkę. Nic w tym dziwnego. Wlaściwie to od dziecka uwielbiałam wszystkie wariacje z baśniami (Disney się kłania).. . no i właśnie - od dziecka. Dla niektórych ludzi lepiej by było, gdyby na dziecku się to skończyło, bo przecież nie wypada.

Nie zrozumcie mnie źle i nie przechodźcie od razu w skrajności. W tym krótkim poście chciałabym tylko zastanowić się nad samym znaczeniem istnienia guilty pleasure, a najbardziej nad tym, czy faktycznie czasami jest się czego wstydzić, ponieważ na własnym przykładzie odczułam, jakie to dziwne uczucie, tłumaczyć się z czegoś, co sprawia ci choć cień przyjemności. Ów dziwne uczucie łączy się z zawstydzeniem i spodziewanym osądem ze strony znajomych/przyjaciół. Tak dziwnym, że właściwie to lepiej po prostu ukryć tę rzecz głęboko w sercu i nie pokazywać na światło dzienne.
Przykład? Ależ proszę!
Miałam tak ostatnio z Akademią Dobra i Zła, kiedy z niecierpliwością przebierałam nóżkami przed premierą piątego tomu. Wiecie, jak to jest - przeczytałam wcześniejsze tomy, wkręciłam się w tę opowieść, polubiłam główną bohaterkę. Nic w tym dziwnego. Wlaściwie to od dziecka uwielbiałam wszystkie wariacje z baśniami (Disney się kłania).. . no i właśnie - od dziecka. Dla niektórych ludzi lepiej by było, gdyby na dziecku się to skończyło, bo przecież nie wypada.