Oto najlepszy przykład tego, że wszystko co dobre, za szybko się kończy. Gdy to sobie uświadomiłam w drodze powrotnej, aż nie wiedziałam, czy w sumie cieszyć się, że wracam do domu cała i zdrowa i tak naładowana energią, czy może powinno być mi przykro, bo ten pociąg jednak przyjechał na czas (serio - gdyby się spóźnił o kilka godzin, nawet nie miałabym nic przeciwko!).
Ale niestety przyszedł czas pożegnań i - co śmieszne! - miałam wrażenie, jakbym opuszczała dobrze znane mi miejsce (a przecież byłam w Bobowej koniec końców trzy dni). Tak to jest kiedy trafi się na ludzi, których masz wrażenie znasz całe życie i wśród których czujesz się jak u siebie (szczęście i nieszczęście w jednym - przynajmniej w tym przypadku).
| Nie miałam żadnego wspólnego zdjęcia... dlatego daję zdjęcie wodospadu. Że niby taka metafora potoku wdzięczności i słodkości :* |
Dlatego też ten post to całkowity hołd pochwalny dla tych wszystkich ludzi, którzy sprawili, że naprawdę mam ochotę powrócić do miejsca, z którego odjechałam 11. sierpnia - fizycznie, mam nadzieję, dokonam tego bardzo szybko, a duchowo dzień w dzień!