poniedziałek, 30 października 2017

Wymarzony Wywiad z Niną Reichter!

Nina Reichter - nazwisko już w tym momencie rozchwytywane, a według mnie niebawem tylko nabierze popularności. Nie wierzycie? A czy czytaliście już trylogię Ostatnia Spowiedź bądź jej najnowszą powieść LOVE Line, która miała swoją premierę 25. października? W związku z jej promocją postanowiłam spróbować szczęścia i poprosić pisarką o wywiad. I wiecie co? Zgodziła się, a dla mnie ta rozmowa to niemały powód do dumy!  Dlaczego? Przeczytajcie te odpowiedzi i sami zrozumiecie! Zapraszam!
 


Ze względu na fakt, że premiera Pani najnowszej powieści miała miejsce pięć dni temu, chciałabym porozmawiać o Love Line, choć nie sposób mówić o drugiej serii, którą czytelnicy dopiero poznają, nie wspominając o pierwszej trylogii. O ile się nie mylę, Ostatnią Spowiedź napisała Pani kilka lat temu i po prostu po długim czasie postanowiła ją wydać. Czy zauważyła Pani jakieś zmiany w pisaniu nowej historii na przestrzeni tych lat? Podczas pisania LL zwracała Pani uwagę na jakieś wyjątkowe szczegóły czy może całość twórczości przebiegała w podobnej „atmosferze”, co przy OS?
 
Ludzie często zakładają, że którąś z kolei książkę pisze się łatwiej. Że pisarz nabiera rutyny. I pod pewnymi względami tak jest– na przykład już nie zachodzę w głowę, co zrobić, by pokazać atmosferę w scenie; wywołać emocje, które czytelnik „odczuje” własnymi zmysłami. 

Ale wraz z większą wiedzą przychodzą większe ograniczenia (parafrazując twórców Spidermana). Mój wewnętrzny krytyk zawsze był gadatliwy. Ale z latami obserwuję, że im więcej wiem, tym trudniej mu się zamknąć. 
 
Jakie są jeszcze różnice? Teraz z pewnością więcej „skaczę” po scenach. Ostatnią spowiedź pisałam liniowo, chronologicznie. Obecnie spoglądam na plan z dystansu (także dosłownie – w domu wisi ogromna tablica korkowa, która pilnuje, żebym się nie gubiła). Wtedy decyduję, na co akurat mam chęć – scenę emocjonalną, scenę akcji, dialog? Nastrój pisarza w danym dniu jest ważny. (U kobiet podobno również dzień cyklu; wcale mnie to nie dziwi.) Ale dłuższych przerw nie robię. Gotowa książka to suma odsiedzianych godzin, nie ma zmiłuj. Po skończeniu pierwszego draftu nanoszę poprawki, czytam, uzupełniam. Łatam dziury. Drukuję ponownie, by raz jeszcze posprzątać. I kolejny raz, gdy trzeba. Wszystkie zdania muszą grać rytmicznie. To się nie zmieniło. 
  
Nina Reichter podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie 2016 (Źródło)

Będąc na zamkniętych próbach w teatrach, wiem, że reżyser kładzie często nacisk na dany szczegół, który niestety często umyka widzom. Dlatego też pozwolę sobie zadać to pytanie – czy jest coś, co chciała Pani uwypuklić w Love Line, a czego potencjalny czytelnik mógłby nie dostrzec przy pierwszej lekturze?
 
Myślę że chcąc coś uwypuklić, jestem na tyle dosadna, że trudno tę rzecz przeoczyć. Z pewnością po lekturze LOVE Line nikt nie odniesie wrażenia, że jestem fanką prasy kobiecej. Podobnie z Facebookiem albo Instagramem. Media społecznościowe nas oplotły i obecnie nie da się od nich uciec zawodowo. Ale poprzez konieczność w nich funkcjonowania, człowiek rozmienia się na drobne, co szkodzi pracy, szczególnie kreatywnej. Dlatego Facebooka wykorzystuję do kontaktu z czytelnikami, ale później staram się wylogować, żyć offline. Jeśli tylko mogę, nie używam telefonu. Ostatnio przeczytałam zdanie: „Dorosłość to chwila, w której zrozumiesz, ile spraw nie wymaga twojego komentarza.” Trudno się nie uśmiechnąć pod nosem. 

Myślę, że moje poglądy na wiele spraw przesączają się między słowami, to nieuniknione. Nie jestem w tym zresztą odosobniona. Świetnie czuć to na przykład w książkach Zygmunta Miłoszewskiego, którego warsztat uwielbiam. Nikt nie potrafi tak celnie ukazać Polski i polskości, jak on. 

Nina Reichter podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie 2017 (Źródło)

Główny bohater Love Line jest trenerem podrywu. Dlaczego zdecydowała się Pani na taką dla niego pracę? Czy nie było ciężko zdobyć materiały na ten temat? Skąd czerpała Pani swe źródła?
 
Wiedzę czerpałam stąd, skąd obecnie wszyscy ją czerpiemy. Dzisiaj trudno wyobrazić sobie zagadnienie, które nadal stanowiłoby zagadkę, jeśli pomęczymy googla chociażby przez kwadrans. Ale poważnie – myślę, że w okolicy trzydziestych urodzin przychodzi moment, kiedy wiele osób traci motywację. I stąd popularność różnej maści coachów – ludzi, którzy pomagają znaleźć drogę, kiedy rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością, która nas otacza, robi się zbyt wielki. Lubię zgłębiać wiedzę o tym, co mnie ciekawi, i ludzie ci – trenerzy – jakiś czas temu zwrócili moją uwagę. Przyglądałam się kilkorgu z nich – na rodzimym i zagranicznym poletku. I chociaż styl działania wszyscy mieli podobny, to łatwo było ocenić, którzy pomagali „z powołania”, a którzy dostrzegli drogę do łatwych pieniędzy. 
 
Trenerzy podrywu to z kolei oddzielna podkategoria. Istnieli od zawsze i myślę, że byłby nim Casanova, gdyby zamiast pisania pamiętników wystawiał faktury. To ludzie, którzy zmonetyzowali swą charyzmę. Nie mnie oceniać, czy jest w tym coś złego. 

Polecam zaglądać na Instagrama Autorki (Źródło)
 
Na swoim FB napisała Pani, że z książek powinniśmy móc uczyć się czegoś o świecie. Czy w takim razie wierzy Pani w to, że doświadczenie zaczerpnięcie z powieści moglibyśmy przekładać na nasze życie i tym samym oszczędzić sobie wielu błędów? 
 
Myślę, że dlatego ludzie opowiadają sobie historie. Chcemy ich słuchać, by móc coś przeżyć bez ryzyka. Oczywiście pojawia się też aspekt rozrywkowy, ale ta przewrotna myśl – „co by było, gdyby?” – nas pociąga. 

Z zasłyszanych lub obejrzanych historii automatycznie wyciągamy wnioski, bo tak zbudowany jest nasz mózg. I naturalnie zależy mi na tym, by przy lekturze LOVE Line czytelnik nie dowiedział się jedynie tego, w jakich okolicznościach Matthew pocałował Beth. Ale także, by widząc nagłówki w prasie kobiecej zatrzymał się na chwilę i pomyślał: „Sześć modowych trendów, które musisz znać?” Może to rzeczywiście zbór szkodliwych głupot?”

Nie sztuka napisać romans oparty na wytartym schemacie i kiepskich dialogach. (I żeby nie popaść w hipokryzję, powiem, że ten schemat nawet mogę wybaczyć – w końcu jest skończona ilość rzeczy, które mogą stać się pomiędzy mężczyzną a kobietą, przy założeniu, że jedyną zmianą nie będzie zmiana tła). Dlatego w swoich książkach dbam o to, by czytelnik dostał dobry język i przekaz, który da mu do myślenia. Inaczej uważałabym, że marnuję czas odbiorcy; i swój.

Trylogia Ostatnia Spowiedź
 

Na zakończenie już – czy może Pani uchylić rąbka tajemnicy, jakie plany ma w głowie Nina Reichter na najbliższy rok?
 
Plan mam ten sam od dawna. Mianowicie – nie ograniczać się do jednego gatunku. Aby pisarz był zainteresowany powstającym tekstem, musi zmieniać kierunek. Zdaję sobie sprawę, że czytelnik chciałby dostać kolejny raz podobną historię – udowadniają to sukcesy serii o superbohaterach i o Bondzie. Natomiast dążę do tego, by przywiązać do siebie czytelnika nie gatunkiem, w jakim piszę, ale swoim stylem. Wtedy łatwiej wprowadzać płodozmian. 

Przepiękna powieść w przepięknej oprawie (Źródło)

Bardzo dziękuję za poświęcony czas! To dla mnie prawdziwy zaszczyt!  

                                                             Również dziękuję :)


Jeżeli jeszcze nie czytaliście LOVE Line bądź Ostatniej Spowiedzi - koniecznie to nadróbcie. Nie zawiedziecie się! Obiecuję ;) 

7 komentarzy:

  1. Świetny wywiad.:) Najnowszą książkę autorki będę czytać już niebawem. Będzie to moje pierwsze spotkanie z jej twórczością. Jestem bardzo ciekawa, jak wypadnie.:)
    kocieczytanie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czytałam książek autorki, ale wywiad ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję wywiadu, wypadł naprawdę rewelacyjnie! A sama autorka naprawdę pisze bardzo przekonująco :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak miło zobaczyć siebie na zdjęciu z Niną ❤️ Gratuluję wywiadu!

    OdpowiedzUsuń
  5. Koniecznie nadrobię! :) Gratuluję. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Autorka wydaje się sympatyczna :) Koniecznie muszę w końcu zabrać się najpierw za trylogię "Ostatnia spowiedź" :)

    OdpowiedzUsuń