Chyba w końcu dotarłam do tego momentu, do którego przed wyjazdem bardzo chciałam się dostać. Powtarzałam mojej mamie z rosnącą nadzieją, że chcę, by pierwszy miesiąc minął i żeby to wszystko - otoczenie, kraj, ludzie, język - był dla mnie czymś oczywistym, czymś normalnym, bym NIE MYŚLAŁA o tym, co chcę powiedzieć, zrobić. Żebym w końcu była sobą...
I wiecie co? Dotarłam chyba do tego momentu (a przynajmniej do pierwszego półmetka). Mówienie po niemiecku/angielsku jest czymś normalnym, tak jak normalnym było dla mnie picie kaw/herbat z ploteczkami po polsku, tak teraz nie jara mnie już wyjście po niemiecku/angielsku. Czy to miłe uczucie? Chyba mogę tak powiedzieć, ale tylko wtedy gdy się zastanowię nad tym, co właśnie robiłam. Tylko wtedy uświadamiam sobie, że jeszcze niedawno coś podobnego było dla mnie nie do pomyślenia.
A żeby tego było mało... zaczynam tęsknić za językiem polskim.



