Tak, żyję. Jeszcze nie zginęłam i nadal nikt mnie nie porwał/zgwałcił. Mam się całkiem dobrze. A ponieważ cenię sobie pamiętnikarstwo i spisywanie wspomnień na wieczną pamiątkę... to też uraczę Was moją historią związaną z Erasmusem.
Jak pewnie już niektórzy doskonale wiedzą - w marcu dowiedziałam się, że dostałam się na Erasmusa. Do Niemiec. Do Bawarii. A dokładnie na Uniwersytet Augsburski. Przechodząc zwycięsko przez wszystkie papierki, dokumenty i inne duperele, tak bardzo potrzebne w tej sprawie (biurokracja rządzi światem - pamiętajcie!) w końcu nadszedł dzień wyjazdu. A był to czwartek wieczorem, kiedy moi rodzice odwieźli mnie do Torunia, a z Torunia wraz z Magdą (poznacie ją zapewne bardzo dobrze, ponieważ to moja koleżanka z uczelni, która zdecydowała się wraz ze mną przyjechać na Erasmusa) i jej rodzicami udaliśmy się prosto do Augsburga. Przeprawa tak krótka, na ile krótka może się wydawać się jazda ponad 1000 kilometrów nocą... No ale ja tam spałam :D
 |
| Było zimno, wilgotno, no ale pięknie :D |
Także chwilę po 8:00 (a wyjechaliśmy z Torunia około 20:00 to sobie wyobraźcie, ile czasu spędziliśmy w samochodzie) dotarliśmy pod akademiki. No i od razu trzeba było mówić po niemiecku - poprosić kulturalnie o klucze do pokoju... i ogólnie poprosić o wskazanie pokojów! Herr Hausmaister raczej z angielskim wiele do czynienia nie miał... no ale najważniejsze informacje zrozumiałyśmy, udałyśmy się do swoich domków i w końcu zobaczyłyśmy, jak to wszystko wygląda.